Maja Włoszczowska

image

Rock&roll czyli szalony sezon 2017 na finiszu.


Na pewno znacie tzw. „amerykańskie podejście”. Co by się nie działo zawsze na pytanie „co u Ciebie” odpowiadają „świetnie” z szerokim uśmiechem przyklejonym jakby na stałe do twarzy. Nigdy tego nie czułam. Trąciło mi to sztucznością, pozorami i duszeniem negatywnych emocji w sobie. A czasem trzeba im dać upust. Przynajmniej ja mam taką potrzebę. Nie będę więc ściemniać – liczyłam na medal Mistrzostw Świata. Wierzyłam, że powalczę o wygraną. Tymczasem wracam do domu z gorzkim czwartym miejscem i nie będę się szeroko uśmiechać, że jest ono takie fantastyczne. Bo nie jest. Ale… kilka dni wolnego w Australii pomogło mi już tę gorycz przełknąć.

         

Wracając do amerykańskiego podejścia – kiedyś przykleił się do naszego teamu Polak od urodzenia mieszkający w USA. Pojechał z nami kilka wyścigów. Mimo iż nie szło mu zupełnie, zawsze powtarzał – następnym razem wygram! I naprawdę szczerze w to wierzył.

Trochę naokoło zbieram się do podsumowania tego sezonu. Brakło mu błysku, kropki nad i, ale… był to cholernie dobry sezon. Nie wygrałam tego co chciałam, ale byłam bardzo blisko. I w kolejnym sezonie wygram!

Kultywując propagandę sukcesu, poniżej moje „highlightsy” z 2017.

Pierwszy sukces, nieco pozasportowy – istotny udział w angażu Jolandy Neff do KROSS Racing Teamu. Naprawdę czuję się ambasadorką Polski i polskich przedsięwzięć. To, że najbardziej rozchwytywana zawodniczka świata wybrała naszą drużynę i zdobyła mistrzostwo świata na polskim rowerze jest naprawdę gigantycznym sukcesem dla naszej marki. Cieszę się, że jestem tego udziałem :).

„Jolka” nie miała najlepszego początku sezonu, musiała odreagować niepowodzenie na Igrzyskach, oderwać głowę od roweru rozpoczynając studia. W naszej drużynie znalazła oparcie, zrozumienie i duży komfort psychiczny, który pomógł jej się odbudować i w ekspresowym tempie osiągnąć swój sportowy top. Na początku sezonu każdy z nas miał wybrać sobie motyw, który pojawił by się na indywidualnie malowanej ramie roweru (np. zwierzę). Jolanda wybrała feniksa. Uzasadniała, że liczy na to, że w Krossie odrodzi się na nowo niczym feniks z popiołów. Wygląda na to, że to się udało :).

Ale o moich sukcesach miało być, a nie Jolandy, choć… odrobinę się oczywiście do nich przypinam ;P.

Zaliczyłam bardzo dobry początek sezonu. Od zwycięstwa w Mediolanie w Pucharze Włoch, praktycznie nie schodziłam z podium ważnych wyścigów. Nawet jeśli startowałam nie w pełni sił (po chorobie, czy kontuzji…).


Naj, naj, naj sezonu to oczywiście drugie miejsce w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Byłam bardzo bliska walki o zwycięstwo, co było zresztą moim najważniejszym celem. Te plany niestety pokrzyżowała kontuzja – złamanie wyrostka rylcowatego kości łokciowej tuż przed startem w mistrzostwach Europy i Pucharem Świata w Kanadzie. Szybko przepadła walka o medal w europejskim czempionacie, do Kanady poleciałam licząc, że uda mi się mimo bólu wystartować. Rzeczywistość była brutalna i zaliczyłam bezcelową wycieczkę za ocean oglądając wyścig zza drugiej strony taśmy. Swoją drogą, z pełną pokorą oddam, Jana Biełomojna była w tym roku w Pucharze Świata fenomenalna i w pełni zasłużenie to trofeum zgarnęła.

       

Kontuzja spowodowała dużo zmian w treningach, niestety nie mogłam zupełnie trenować na góralu, więc pozostała jazda na szosie. Motywacji na szczęście nie brakowało, bo mimo absencji w Kanadzie, cały czas liczyłam się w walce o podium w generalce Pucharu Świata. Do Mistrzostw Świata było natomiast na tyle daleko, że można było mieć nadzieję na pełną sprawność mojego nadgarstka. W tygodniu przed finałowymi zawodami Pucharu Świata RTG ciągle pokazywało złamanie. Ale… lekarze powiedzieli, że ważniejsze od rentgena są odczucia bólowe. A te, przy pomocy specjalnej ortezy, udało się ograniczyć do minimum! Cztery dni przed startem zdecydowałam podjąć walkę. Orteza co prawda mocno ograniczała mi swobodę sterowania rowerem, ale dawała duże poczucie bezpieczeństwa. Tym razem los mi odwagę wynagrodził. Wyścig PŚ Val di Sole to jeden z najlepszych moich występów w tym sezonie. I dzięki trzeciemu miejscu na włoskiej ziemi awansowałam na drugie w generalce Pucharu Świata, co oznacza mój personal best! Najlepszy wynik w karierze, który zdecydowanie pobudził mój apetyt na więcej!

Apetyt – na przyszły sezon, bo niestety nie zaspokoiłam go na mistrzostwach świata. Szykowałam się na walkę o wygraną. Czułam się świetnie – zarówno fizycznie, jak i technicznie (pomimo braków w treningu mtb). Ale nie oszukujmy się – złoto było poza zasięgiem. Srebro – jak najbardziej do zdobycia. Do tego jednak wszystko musiało zagrać. A nie zagrało. I nie będę się tłumaczyć. Wiele rzeczy (i nie tylko rzeczy ;)) stanęło na przeszkodzie. Bez dwóch zdań zepsułam start, nie po raz pierwszy zresztą… i to na pewno jest pierwsza rzecz do poprawy, jeśli chcę wygrywać w przyszłym sezonie. Na inne rzeczy nie miałam wpływu. A jak zaczynam sobie w głowie wyliczać co nie zagrało, dochodzę do jednego wniosku – jestem naprawdę cholernie dobra, że niezależnie od wszystkiego znów liczyłam się w walce o medal mistrzostw świata. Brakło szczęścia, ale umówmy się – szczęście sprzyja lepszym. I trzy dziewczyny, które stanęły na podium, były tego dnia lepsze.

I czas na creme de la creme sezonu 2017 – razem z Jolandą zdominowałyśmy puchar świata w klasyfikacji drużynowej kobiet. KROSS Racing Team wygrał cztery z sześciu edycji i zmiażdzył w klasyfikacji generalnej całą konkurencję! Było to nasze ciche marzenie przed sezonem. Ciche, bo przecież do drużynówki liczą się trzy zawodniczki. My dałyśmy radę we dwie! No, nie do końca we dwie… bo dwie pedałowałyśmy, ale to oczywiście sukces całego teamu, który pracował przez cały sezon na te wyniki równie mocno jak my! Tomek, Rafał, Madzia, Hubi – dziękujemy!

Ostatecznie sezon kończę:

  • 2 w klasyfikacji generalnej pucharu świata indywidualnie
  • 1 w klasyfikacji drużyn kobiecych
  • 4 w mistrzostwach świata
  • 3 w rankingu UCI
  • jako mistrzyni Polski (mój jedenasty tytuł w XC w elicie)
  • jedyna medalistka olimpijska, która liczyła się w tym roku w czołówce
  • jedyna zawodniczka, która liczyła się w walce o podium zarówno Pucharu Świata jak i Mistrzostw Świata

Not too bad… A najlepsze dopiero przede mną! :))))

A… i zostałam wybrana do komisji zawodniczej UCI jako kobieca reprezentantka XC! To dla mnie duża oznaka szacunku i zaufania ze strony środowiska mtb. Kontynuuję także swoje działania w komisji zawodniczej PKOL.

Bardzo dziękuję wszystkim, którzy mnie w tym sezonie wspierali. Przede wszystkim mojej wyrozumiałej rodzinie 🙂

Mój sztab najbliższych współpracowników w tym roku tworzyli:

Krzysiek Zalewski – mój trener, który otworzył mi w tym roku oczy na nowe możliwości treningu i nie raz sprawiał, że prawie zaczęłam go przeklinać… 😉

Magdalena Zamolska – fizjoterapeutka, sparingpartnerka i nieocenione oparcie w każdej trudnej sytuacji

Hubert Grzebinoga – najlepszy mechanik w światowym mtb

Wielkie dzięki dla całej drużyny KROSS Racing Team na czele z jej managerem Tomkiem Swierczyńskim za nie tylko świetnie fukcjonującą drużynę i pełen profesjonalizm ale i za wspaniałego „ducha” ekipy.

Dla lekarzy – Piotra Kosielskiego i prof. Krzysztofa Ficka. Fizjo Pawła Zimonia i trenera techniki Arka Perina.

Podziękowania dla Polskiego Związku Kolarskiego i jego sponsorów CCC i PKN Orlen za kolejny rok zaufania i możliwość realizowania w 100% planowanego programu.

Pokłony w kierunku wszystkich partnerów KROSS Racing Team’u oraz moich prywatnych. Są nimi: miasto Jelenia Góra, Osada Śnieżka, Mercedes Benz – Mirosław Wróbel.

I wreszcie – drodzy kibice – bez Was by mnie nie było i tym samym tych sukcesów! Dzięki, że jesteście ze mną w każdej sytuacji!

   

image

Who to watch – RIO.


Aby ułatwić i umilić Wam oglądanie jutrzejszego wyścigu – poniżej mój subiektywny ranking faworytek 🙂 i trochę informacji na temat każdej z nich. Dzikie konie to pierwsza szóstka z wymienionych. Ale pozostałe dziewczyny też potrafią pojechać! Będzie się działo 🙂

Jolanda Neff (Szwajcaria, 23 lata) – śmiało można powiedzieć o niej, że jest najjaśniej świecącą gwiazdą kobiecego MTB. Rok temu mając 22 lata wygrała klasyfikację generalną Pucharu Świata. Jest najbardziej utalentowaną zawodniczką jaką znam. Przy tym – nie dającą się nie lubić. Coś o tym wiem, bo przez dwa lata jeździłyśmy razem w holenderskiej drużynie. W tym roku wygrała tylko jedne zawody Pucharu Świata, ale… tylko w dwóch startowała. Jak ma dzień, odjeżdża od startu i tyle ją widzieli. Ale… zdarza jej się też zawodzić. Jak podczas ubiegłorocznych mistrzostw świata w Andorze i tegorocznych w Novym Meście. Mimo to jest największą faworytką do złota. W Rio postanowiła wystartować także na szosie, gdzie zajęła świetne 8 miejsce (mimo małego szosowego doświadczenia, ma w tym roku na koncie podium szosowego World Touru kobiet i zwycięstwo w naszym Tour de Pologne).

Jenny Rissveds (Szwecja, 22 lata) – koleżanka teamowa Nino Schurter’a. Mało kto o niej mówi, tymczasem… ten rok ma niesamowity! Nie dało się tego zauważyć od początku, bo to upadek, to defekt utrudniały jej rywalizację o podium Pucharu Świata. Gdy wreszcie trafiła na swój dzień odniosła zdecydowane zwycięstwo w Szwajcarskim Lenzerheide. Podczas mistrzostw świata startowała w kategorii do lat 23 zdobywając tęczową koszulkę. W ubiegłym roku podczas rekonesansu olimpijskiego zajęła trzecie miejsce. Podobnie jak ja, nie startowała w Pucharze Świata w Kanadzie stawiając na przygotowania w wysokich górach. Ostatni miesiąc spędziła w doskonale znanym mi Sierra Nevada w Hiszpanii. Moim zdaniem, pomimo braku doświadczenia, jest czarnym koniem rywalizacji. Cztery tygodnie temu doskwierała jej kontuzja mięśnia (czworogłowego?) przez co nie ukończyła zawodów na olimpijskiej trasie w Londynie, ale obserwując jej profile społecznościowe, o tym problemie już zapomniała.

Annika Langvad (Dania, 32 lata) – w ubiegłym roku wygrała swoje pierwsze zawody Pucharu Świata. W tym, prezentuje niesamowicie wysoką i równą formę od początku sezonu. Jest liderką Pucharu Świata (wygrała dwie edycje, raz była druga), pewnie wygrała mistrzostwa świata w Novym Meście. Widać po niej dużą siłę. W tym roku mocno poprawiła także umiejętności techniczne, które w przeszłości były jej słabą stroną. Teraz zdaje się tych słabych stron nie mieć. Ale… ściga się absolutnie wszędzie od samego początku sezonu (Cypr, Cape Epic, wszystkie edycje Pucharu Świata). To musi w końcu zmęczyć… Zmęczenie widać było zresztą na ostatnich zawodach Pucharu Świata, podczas których dała z siebie absolutnie wszystko i starczyło to na czwarte miejsce.

Gunn Rita Dahle-Flesjaa (Norwegia, 43 lata) – przedstawiać nie trzeba. Największa legenda kobiecego MTB. Złota medalistka olimpijska z Aten, która jest jedną z nielicznych zawodniczek, którym udało się po urodzeniu dziecka wrócić na najwyższy poziom (pobić w tej kwestii może ją tylko nasza Kasia Solus-Miśkowicz). W ubiegłym sezonie stawała nie raz na podium Pucharu Świata. Wygrała edycję w Lenzerheide. 2016 zapowiadał się w jej wykonaniu wyśmienicie, jednak później czegoś brakowało na Pucharach Świata. Podczas mistrzostw świata na pewno szczęścia – zaraz po starcie uczestniczyła w kraksie, która wyeliminowała ją z rywalizacji i mocno odbiła się na zdrowiu przez kolejne 2 tygodnie. Teraz zdaje się, że powróciła na swoją mocną ścieżkę. Po zgrupowaniu wysokogórskim w Livigno startowała w Pucharze Świata w Kanadzie zajmując tam drugie miejsce. Ustąpiła jedynie Catherine Pendrel, której trasa w Mt St Anne wybitnie pasuje.

Catherine Pendrel (Kanada, 36 lat) – dwukrotna mistrzyni świata, zwyciężczyni klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Od ubiegłego sezonu nieco ucichła, ale tylko z powodu kontuzji (w 2015 złamany obojczyk, na początku tego sezonu złamany kciuk). Do Igrzysk przygotowywała się na wysokości. Po raz pierwszy w swojej karierze odpuściła start w mistrzostwach Kanady stawiając na trening pod kątem Rio. Patrząc na ostatni Puchar Świata wróciła na wyżyny swoich możliwości odnosząc pewne zwycięstwo. Jeździ genialnie technicznie – szybko i pewnie jak mało kto. Jej konik to także długie strome podjazdy, co nie dziwi – jest jedną z najlżejszych zawodniczek w „peletonie”. Kiedyś gubiła ją ambicja. Atakowała od startu, nie chowała się za innymi zawodniczkami. Teraz jeździ dużo mądrzej, ale być może pewność siebie, której nabrała w Kanadzie wywoła chwilę zapomnienia…

Emily Batty (Kanada, 28 lat) – brązowa medalistka tegorocznych mistrzostw świata. Wiadomo w jakich okolicznościach… ;). Ma świetny sezon. Nie wygrywa, ale kręci się cały czas w okolicach podium. Ma zawsze świetne ostatnie okrążenie, więc trzeba ją mieć na uwadze, nawet gdy jedzie ze sporą stratą. Jeździ bardzo agresywnie, więc walcząc z nią trzeba mieć oczy dookoła głowy i łokcie szeroko rozstawione. Ambitna bestia.

Katerina Nash (Czechy, 39 lat) – od kilku lat co roku słyszę, że kończy karierę. I co roku potrafi zaskoczyć genialnym wynikiem. W tym popisała się fantastyczną jazdą w wyścigu drużynowym podczas mistrzostw świata, dzięki której Czesi skończyli ten wyścig z medalem. Mocna, solidna, świetna technicznie. Trzeba ją mieć na uwadze, ale… pieniędzy bym na nią nie postawiła.

Pauline Ferrand-Prevot (Francja, 24 lata) – ha! I jak tu ją obstawiać? Potrafiła wygrywać z miażdżącą przewagą. W ubiegłym roku zdobyła tytuł Mistrzyni Świata deklasując konkurencją. Jako jedyna zawodniczka w historii miała w tamtym momencie na koncie aktualne trzy tytuły Mistrzyni Świata (mtb, szosa i przełaj)! Od tamtej pory jednak nie potrafi się odnaleźć. Startowała w wyścigu szosowym w Rio, bez powodzenia. Złośliwi twierdzą, że na złe jej wychodzi związek z Julienem Absalonem, czego nie można powiedzieć o nim… Nie zdziwię się jednak jeśli zobaczę ją w czołówce wyścigu.

Sabine Spitz (Niemcy, 45 lat) – wymieniam ją dopiero teraz z racji na informacje jakie dotarły z Niemieckiej kadry o jej kontuzji kolana. Po upadku w Kanadzie najpewniej wdarło się zakażenie i niezbędny był drobny zabieg chirurgiczny. Na ile jej to przeszkodzi (a może pomoże? – wymuszona regeneracja) w starcie w Rio ciężko określić. W tym roku wszystkich zadziwiła świetną jazdą na medalowej pozycji w mistrzostwach świata. Podobnie jak ja, z medalem pożegnała się z powodu defektu na ostatnim okrążeniu (mało kto wie, bo miał nieco mniej dramatyczny przebieg ;)). Niemka podczas ostatnich trzech Igrzysk Olimpijskich ZAWSZE była na podium (brąz w Atenach, złoto w Pekinie, srebro w Londynie). Dlatego też zupełnie mnie nie zdziwi, jeśli i teraz będzie walczyła o podium. Program przygotowań do Rio miała podobny do Gunn Rity – zgrupowanie wysokogórskie (2500mnpm) przed Pucharem Świata w Kanadzie.

Irina Kalentieva (Rosja, 39 lat) – największy znak zapytania wyścigu olimpijskiego. Ostatnie dwa lata z rzędu z mistrzostw świata wracała z medalem pomimo iż na Pucharach Świata wybitną formą nie błyszczała. Ten rok zaczął się dla niej pechowo – operacją wycięcia wyrostka robaczkowego. Dość szybko jednak wróciła do formy i mistrzostwa świata skończyła na 6 miejscu. Przyp. brązowa medalistka z Pekinu.

Lea Davison (USA, 33 lata) – zawodniczka, która ma w mojej ocenie najmniej stabilną formę z całej stawki. Przez to… nigdy nie wiadomo czego się po niej spodziewać. Nie obstawiałabym ją na podium mistrzostw świata, tymczasem… zdobyła tam srebro.

Yana Belomoyna (Ukraina, 24 lata) – w ubiegłym roku zaskoczyla wszystkich brązowym medalem mistrzostw świata. Nigdy wcześniej i nigdy później nie zbliżyła się do pierwszej piątku Pucharu Świata czy mistrzostw świata.

Linda Indergand (Szwajcaria, 23 lata) – może nie faworytka, ale wystarczy, że Szwajcarka… Ma potencjał. W tym roku zajęła drugie miejsce na inauguracyjnych zawodach Pucharu Świata w Cairns. Ma zdrowie i technikę, gubią ją w mojej ocenie kilogramy. Te jednak w Rio mogą nie być aż tak istotne z racji braku bardzo stromych podjazdów.

Eva Lechner (Włochy, 31 lat) – trzy lata temu była moją główną konkurentką w Pucharze Świata, Mistrzostwach Europy i świata. Zgubiła jednak gdzieś formę i nie może jej odnaleźć. Mimo to… potrafi zaskoczyć. Wygrała ubiegłoroczny rekonesans na trasie olimpijskiej. Nie można więc Włoszki skreślać.

Tanja Zakelj (Słowenia, 29 lat) – zwyciężczyni Pucharu Świata 2013, dwukrotna Mistrzyni Europy. Ostatnie dwa sezony nie istnieje, ale potrafiła jeździć szybko…

Kasia Solus-Miśkowicz (Polska, 28 lat) – Tak napisałam przed czwartkowym treningiem: „bardzo się cieszę, że tak szybko udało jej się wrócić do formy po urodzeniu dziecka i zakwalifikować na Igrzyska, bo zasłużyła na nie jak mało kto! Ma genialny start, którego bardzo jej zazdroszczę. Ściga się w tym roku bez presji co ewidentnie dodaje jej wiatru w żagle. Wierzę, że przy sprzyjającym froncie może znaleźć się w pierwszej dziesiątce wyścigu olimpijskiego.” Niestety Kasia w Rio nie powalczy. Ale… to charakterna góralka i złamany obojczyk na pewno jej nie stanie na przeszkodzie by kontynuować karierę! A cztery lata szybko mijają…

Dziewczyny, które stać na top10 to jeszcze Helen Grobert (GER), Daniela Campuzano (MEX). Ja kibicuję też bardzo reprezentantce gospodarzy – Raiza Goulao Henrique moze nie będzie w ścisłej czołówce, ale to też sympatyczna zadziora, na którą warto zwrócić uwagę.

PS. Gunn Rita, Jolanda, Eva, Yana, Raiza – one już potwierdziły udział w moim wyścigu w Jeleniej Górze 10 września. Za to, że chcą przyjechać do Polski dodatkowo trzymamy kciuki 😉 Tylko tak… nie za mocno 😉

image

Trasa XCO – Rio de Janeiro 2016


Na prośbę kibiców trochę informacji na temat olimpijskiej trasy w Rio, którą miałam przyjemność poznać podczas wyścigu w październiku ubiegłego roku. Jest przygotowana sztucznie przez Brytyjczyków (zapewne tych samych, którzy zajmowali się XCO w Londynie). Teoretycznie mógłby to być zarzut, ale osobiście uważam, że nie jest. Skoro nie ma naturalnej trasy w pobliżu Rio to miło, że organizatorzy dołożyli wszelkich starań by przygotować sztuczną.

Ścigamy się na terenie parku olimpijskiego Deodoro. Oprócz XCO rozgrywane są tam m.in.  zawody strzeleckie, pięciobój nowoczesny, BMX, rugby i hokej na trawie. Pętla XCO ma 4.8km i będziemy ją pokonywać w ok. 15-16min. Podczas rekonesansu do pokonania było 5 okrążeń. Nie zdziwię się jeśli na wyścigu olimpijskim przyjdzie nam pokonać ich 6. Dowiemy się dzień przed startem.

Na rundzie są trzy podjazdy. Dwa krótsze, jeden dłuższy. Po każdym z nich czekają na nas do pokonania dość wymagające technicznie zjazdy – rock gardeny, uskoki, trawersy. Trzeba przyznać, że wszystko jest bardzo malownicze. Jeden z odcinków został nazwany FLIP FLOPS – architekci trasy tak ułożyli kamienie, z których skaczemy na płaskie pole, że całość wygląda jak palce i stopa. A do tego jest przyjemna do jazdy. Zatem oprócz cierpienia będzie trochę frajdy ;). Najtrudniejszy jest odcinek kamienisty w połowie okrążenia. Tam, podczas wyścigu testowego było sporo niebezpiecznie wyglądających upadków. Nikt na szczęście większej krzywdy sobie nie zrobił. Podjazdy jak to podjazdy – są ciężkie, ale o stosunkowo przyjemnym nachyleniu umożliwiającym pedałowanie w wyższym rytmie (hurra!!!).  Do mety prowadzi długa prosta. Tam, jak i na najdłuższym podjeździe, we znaki daje się silny wiatr, co jest rzadkością na wyścigach XCO. Warto więc chować się za plecami rywali/rywalek.

image

Odczarować Kolumbię


Gdy po raz pierwszy pojawił się w mojej głowie pomysł zgrupowania w Kolumbii wiele osób patrzyło na mnie z niedowierzaniem…

  • bo dziko
  • bo niebezpiecznie
  • bo kartele narkotykowe toczą wojny na ulicach
  • bo tropikalnie i na pewno mnóstwo chorób w powietrzu fruwa
  • bo gdzie tam jeździć na rowerze, drogi na pewno dziurawe (o ile mają asfalt…) a lasy to jedna wielka dżungla
  • bo skąd mi w ogóle taki pomysł do głowy przyszedł?

Te wszystkie stereotypy wynikają z jednego prostego faktu: Kolumbii nie znamy!

Nie będę zgrywać twardzielki. Też miałam wątpliwości. Ale by je rozwiać, zrobiłam odpowiedni research.

Skąd w ogóle pomysł by wybierać się do krainy Escobara…

Szukając miejsca na zgrupowanie wysokogórskie w Ameryce Południowej (by było to możliwie blisko Rio de Janeiro) błądziłam kursorem po mapie wysokościowej. Peru, Boliwia, Kolumbia… Każdą z opcji brałam pod uwagę. I wszędzie starałam się znaleźć kontakty z ludźmi, którzy byli w tych krajach rowerami. Pierwsze dwie opcje odpadły stosunkowo szybko. Z Kolumbią zaś poszło zaskakująco łatwo. Przecież stąd jest Quintana, Uran, Henao… Gdzieś muszą trenować! Ale stąd jest też Marcelo Gutierrez, znajomy z „siostrzanego” niegdyś teamu Gianta. Jeden z najlepszych downhillowców Świata.  Przypadkiem natknęłam się na niego podczas przejażdżki przed Pucharem Świata i… szybko powstał plan wyjazdu. Llanogrande!

Pierwsze wrażenie: co to k… ma być? To ta dzika Kolumbia? Nowe asfalty, genialnie wyposażone hipermarkety (w których pomidor jest pomidorem), wszędzie wi-fi, warunki hotelowe przewyższające europejskie standardy, szpital wyglądający jak najlepsza siedziba polskiego ZUSu, wszędzie czysto, krowy pasą się na idealnie zielonej (naturalnie zielonej!) trawie, a na zboczach kwitną zadbane uprawy. Do tego wszyscy starają się żyć eko. Oszczędzając prąd, zasilając domy wodą deszczową.

Jasne, ja widzę tylko skrawek Kolumbii. Do tego bogatszy skrawek (samo Llanogrande jest miejscem weekendowego odpoczynku bogatszych mieszkańców Medellin). Ale nawet jak wjechaliśmy w „dżunglę” bynajmniej nic mnie nie przeraziło i nie sprawiło bym poczuła, że moje bezpieczeństwo jest tu w jakimkolwiek stopniu zagrożone.

Dalej było już tylko lepiej.

Dzięki Marcelo poznałam na miejscu Daniela Alvareza – byłego zawodnika DH, który wynajął nam drewniany domek na wysokości 2600mnpm (a propos: drodzy sportowcy – tu możecie spać na jakiejkolwiek wysokości zechcecie, z przedziału 1800-2600). Poznał nas z lokalną społecznością enduro/DH, pokazał trasy mtb w okolicy Medellin i Rionegro. Choć jak się okazuje wcale nie musisz znać lokalesa by te trasy znaleźć, bo wszyscy używają tu popularnej aplikacji Strava. Co więcej, na szczycie jednego z kultowych tu podjazdów, nawet jeśli nie zrobisz KOM’a, to napijesz się kawki godnej KOM’a. Bo tak się nazywa popularna kolarska kawiarnia, w której oprócz pysznej kolumbijskiej kawy i eko-ciastek zakupisz też stroje z kolekcji Rigoberto Urana. Rigo mieszka zresztą kilkaset metrów dalej, na willowym osiedlu położonym na wysokości 2500m. Z biciem KOM’a będzie zresztą ciężko, bo Rigo ma na owym segmencie „dopiero” trzeci czas.

Szosa zdecydowanie tutaj kwitnie. Kolarzy spotykasz zawsze. Najwięcej wcześnie rano. Standardem jest tu ruszanie na trening przed 7 rano, gdyż w Medellin o 10 robi się już upał nie do zniesienia. Inaczej jest w Llanogrande, gdzie przez cały dzień panuje przyjemna temperatura 23-26 stopni (i to przez cały okrągły rok!!!). Ale najwyraźniej siła przyzwyczajenia zwycięża. W weekendy rowerzystów robi się więcej niż samochodów. A wszyscy na nowiutkich karbonowych rowerach topowych marek, stożkowych obręczach, korbach z miernikami mocy, poubierani w Raphę. Widać też wiele drużyn sportowych jeżdżących na treningi z obstawą samochodu.

MTB, dirt i BMX też ma się tu dobrze. Podążając za Stravą, w środku lasu znalazłam zjazd, który widać był mocno dopieszczany „ręką” mountainbikera.  Wyprofilowane bandy, dropy, muldy… A to bynajmniej nie żaden kultowy odcinek. Natura też bogato wyposażyła teren. Na naturalnym zjeździe z Santa Elena do Medellin rockgardeny nie raz kazały mi zejść z roweru i zastanowić się czy na pewno jestem w stanie tędy przejechać. Taka „rekonesansowa” jazda zajęła mi blisko godzinę. Rekord trasy to niecałe osiem minut… Dzieciaki ponoć przeskakują tu kilkumetrowe jumpy, do których ja bez roweru DH lub chociaż enduro bym nie podeszła, na hardtailach! Nota bene miło się patrzy jak dużo dzieci spędza czas na wolnym powietrzu. Brak finansów na iPada ma jednak swoje zalety…

Wracając do tematu BMX, Medellin może się pochwalić nie tylko profesjonalnym torem, ale przede wszystkim 5-krotną Mistrzynią Świata i mistrzynią olimpijską w tej konkurencji (Marjana Pajon). Startującej na kolumbijskiej marce rowerów – GW. Małe miejscowości błyszczą natomiast niezliczoną ilością boisk do koszykówki i… najlepszym pumptrackiem jaki moje oczy widziały. Można? Można!

Gdy to wszystko widzę nie mogę uwierzyć w dwie rzeczy:

  • że ciągle tak mało kolumbijczyków ściga się na MTB (tu niestety wyjaśnienie jest proste – MTB to Europa, gdzie nie tak łatwo się dostać i MTB to nie szosa by drużyny kolarskie stać było na szukanie talentów w Kolumbii)
  • że tak mało Europejczyków (tych, których oczywiście stać na bilet lotniczy) przyjeżdża tu na zgrupowania czy wczasy rowerowe. Tu jednak widzę przed Kolumbią świetlaną przyszłość!
image

KROSS Racing Team 2016


Dumnie zaprezentowaliśmy na Stadionie Narodowym w Warszawie naszą drużynę na sezon 2016. Dumnie, bo po raz pierwszy w historii polski team MTB stał się drużyną międzynarodową. Dumnie, bo mamy wielkie cele. Dumnie, bo poza świetnym składem zawodników, mamy w ekipie najlepszych profesjonalistów w branży. I jeszcze raz dumnie, gdyż do zaprezentowania mieliśmy najnowszą ramę Level B+, stworzoną przez projektantów i konstruktorów KROSS we współpracy z zawodnikami KRT.

Skład KROSS Racing Team 2016:

  • Maja Włoszczowska
  • Anna Szafraniec
  • Bartłomiej Wawak
  • Fabian Giger (SUI)

Obsługa techniczna KRT:

  • Manager – Tomasz Swierczyński
  • Asystent – Rafał Łuksza
  • Mechanik – Hubert Grzebinoga
  • Fizjoterapeutka – Magdalena Zamolska

IMG_4101

Tymże składem zasłużyliśmy sobie na miejsce w gronie 15 najlepszych drużyn Świata i status ELITE. Daje on kilka znaczących przywilejów zwłaszcza podczas Pucharów Świata, ale i duży prestiż dla Polskiej drużyny.
Jakie są nasze cele? Nr 1 to Igrzyska Olimpijskie. Przepustkę do Rio na tę chwilę mam tylko ja, ale realne szanse także panowie – Bartek Wawak i Fabian Giger. Celem przybliżenia sylwetki naszego szwajcarskiego nabytku – Fabian to obecnie nr 10 światowego rankingu, brązowy medalista Igrzysk Europejskich w Baku, srebrny medalista Mistrzostw Europy 2014.

Niestety pod dużym znakiem zapytania jest kariera zawodnicza Ani Szafraniec, która od kwietnia ubiegłego roku boryka się z poważnymi problemami zdrowotnymi. Miło widzieć, że cała drużyna i sponsorzy stoją za nią murem. Wszyscy wierzymy, że jej serce odnajdzie właściwy rytm.

Zawodników KRT po raz pierwszy zobaczymy na starcie w ostatni weekend lutego. Fabian i Bartek ścigać się będą w silnie obsadzonej etapówce Cyprus Sunshine Cup. Ja rozpocznę sezon wyścigowy tydzień później w Brazylii, gdzie udam się bezpośrednio ze zgrupowania wysokogórskiego w Kolumbii.

Trzymajcie za nas kciuki!

IMG_3665

Aaaa… i jeszcze kilka słów o nowej ramie :). Tak! To KROSS! Tak! Mieliśmy wpływ na jej konstrukcję! Tak! Pracowaliśmy nad nią blisko dwa lata. Tak! Jest jedną z najlepszych ram hardtail 29’’ dostępnych na rynku! I nie! Nie piszę tego, bo Kross opłaca mój kontrakt. Naprawdę mamy się czym pochwalić! Już poprzedni Level B+ był świetny. Od najlepszych odbiegał tylko wagą. Teraz mamy ramę lżejszą od topowych światowych brandów. Jednocześnie sztywną, zwrotną, świetnie prowadzącą się i w dół i w górę. Testowałam już ją podczas zgrupowania na Gran Canarii, gdzie ćwiczyłam zjazdy pod okiem Arka Perina.

Hmmm… wiecie co? Coś mi mówi, że to będzie dobry sezon 🙂

IMG_3783