Kategorie: Treningi

image

Odczarować Kolumbię


Gdy po raz pierwszy pojawił się w mojej głowie pomysł zgrupowania w Kolumbii wiele osób patrzyło na mnie z niedowierzaniem…

  • bo dziko
  • bo niebezpiecznie
  • bo kartele narkotykowe toczą wojny na ulicach
  • bo tropikalnie i na pewno mnóstwo chorób w powietrzu fruwa
  • bo gdzie tam jeździć na rowerze, drogi na pewno dziurawe (o ile mają asfalt…) a lasy to jedna wielka dżungla
  • bo skąd mi w ogóle taki pomysł do głowy przyszedł?

Te wszystkie stereotypy wynikają z jednego prostego faktu: Kolumbii nie znamy!

Nie będę zgrywać twardzielki. Też miałam wątpliwości. Ale by je rozwiać, zrobiłam odpowiedni research.

Skąd w ogóle pomysł by wybierać się do krainy Escobara…

Szukając miejsca na zgrupowanie wysokogórskie w Ameryce Południowej (by było to możliwie blisko Rio de Janeiro) błądziłam kursorem po mapie wysokościowej. Peru, Boliwia, Kolumbia… Każdą z opcji brałam pod uwagę. I wszędzie starałam się znaleźć kontakty z ludźmi, którzy byli w tych krajach rowerami. Pierwsze dwie opcje odpadły stosunkowo szybko. Z Kolumbią zaś poszło zaskakująco łatwo. Przecież stąd jest Quintana, Uran, Henao… Gdzieś muszą trenować! Ale stąd jest też Marcelo Gutierrez, znajomy z „siostrzanego” niegdyś teamu Gianta. Jeden z najlepszych downhillowców Świata.  Przypadkiem natknęłam się na niego podczas przejażdżki przed Pucharem Świata i… szybko powstał plan wyjazdu. Llanogrande!

Pierwsze wrażenie: co to k… ma być? To ta dzika Kolumbia? Nowe asfalty, genialnie wyposażone hipermarkety (w których pomidor jest pomidorem), wszędzie wi-fi, warunki hotelowe przewyższające europejskie standardy, szpital wyglądający jak najlepsza siedziba polskiego ZUSu, wszędzie czysto, krowy pasą się na idealnie zielonej (naturalnie zielonej!) trawie, a na zboczach kwitną zadbane uprawy. Do tego wszyscy starają się żyć eko. Oszczędzając prąd, zasilając domy wodą deszczową.

Jasne, ja widzę tylko skrawek Kolumbii. Do tego bogatszy skrawek (samo Llanogrande jest miejscem weekendowego odpoczynku bogatszych mieszkańców Medellin). Ale nawet jak wjechaliśmy w „dżunglę” bynajmniej nic mnie nie przeraziło i nie sprawiło bym poczuła, że moje bezpieczeństwo jest tu w jakimkolwiek stopniu zagrożone.

Dalej było już tylko lepiej.

Dzięki Marcelo poznałam na miejscu Daniela Alvareza – byłego zawodnika DH, który wynajął nam drewniany domek na wysokości 2600mnpm (a propos: drodzy sportowcy – tu możecie spać na jakiejkolwiek wysokości zechcecie, z przedziału 1800-2600). Poznał nas z lokalną społecznością enduro/DH, pokazał trasy mtb w okolicy Medellin i Rionegro. Choć jak się okazuje wcale nie musisz znać lokalesa by te trasy znaleźć, bo wszyscy używają tu popularnej aplikacji Strava. Co więcej, na szczycie jednego z kultowych tu podjazdów, nawet jeśli nie zrobisz KOM’a, to napijesz się kawki godnej KOM’a. Bo tak się nazywa popularna kolarska kawiarnia, w której oprócz pysznej kolumbijskiej kawy i eko-ciastek zakupisz też stroje z kolekcji Rigoberto Urana. Rigo mieszka zresztą kilkaset metrów dalej, na willowym osiedlu położonym na wysokości 2500m. Z biciem KOM’a będzie zresztą ciężko, bo Rigo ma na owym segmencie „dopiero” trzeci czas.

Szosa zdecydowanie tutaj kwitnie. Kolarzy spotykasz zawsze. Najwięcej wcześnie rano. Standardem jest tu ruszanie na trening przed 7 rano, gdyż w Medellin o 10 robi się już upał nie do zniesienia. Inaczej jest w Llanogrande, gdzie przez cały dzień panuje przyjemna temperatura 23-26 stopni (i to przez cały okrągły rok!!!). Ale najwyraźniej siła przyzwyczajenia zwycięża. W weekendy rowerzystów robi się więcej niż samochodów. A wszyscy na nowiutkich karbonowych rowerach topowych marek, stożkowych obręczach, korbach z miernikami mocy, poubierani w Raphę. Widać też wiele drużyn sportowych jeżdżących na treningi z obstawą samochodu.

MTB, dirt i BMX też ma się tu dobrze. Podążając za Stravą, w środku lasu znalazłam zjazd, który widać był mocno dopieszczany „ręką” mountainbikera.  Wyprofilowane bandy, dropy, muldy… A to bynajmniej nie żaden kultowy odcinek. Natura też bogato wyposażyła teren. Na naturalnym zjeździe z Santa Elena do Medellin rockgardeny nie raz kazały mi zejść z roweru i zastanowić się czy na pewno jestem w stanie tędy przejechać. Taka „rekonesansowa” jazda zajęła mi blisko godzinę. Rekord trasy to niecałe osiem minut… Dzieciaki ponoć przeskakują tu kilkumetrowe jumpy, do których ja bez roweru DH lub chociaż enduro bym nie podeszła, na hardtailach! Nota bene miło się patrzy jak dużo dzieci spędza czas na wolnym powietrzu. Brak finansów na iPada ma jednak swoje zalety…

Wracając do tematu BMX, Medellin może się pochwalić nie tylko profesjonalnym torem, ale przede wszystkim 5-krotną Mistrzynią Świata i mistrzynią olimpijską w tej konkurencji (Marjana Pajon). Startującej na kolumbijskiej marce rowerów – GW. Małe miejscowości błyszczą natomiast niezliczoną ilością boisk do koszykówki i… najlepszym pumptrackiem jaki moje oczy widziały. Można? Można!

Gdy to wszystko widzę nie mogę uwierzyć w dwie rzeczy:

  • że ciągle tak mało kolumbijczyków ściga się na MTB (tu niestety wyjaśnienie jest proste – MTB to Europa, gdzie nie tak łatwo się dostać i MTB to nie szosa by drużyny kolarskie stać było na szukanie talentów w Kolumbii)
  • że tak mało Europejczyków (tych, których oczywiście stać na bilet lotniczy) przyjeżdża tu na zgrupowania czy wczasy rowerowe. Tu jednak widzę przed Kolumbią świetlaną przyszłość!